Październik – przeprowadzka, pudeł pakowanie, przenoszenie, rozpakowywanie. Czułam się świetnie, chodziłam do pracy a po powrocie pomagałam w ogarnianiu całego tego majdanu. Może to wina mojej hiperaktywności, bo po prostu nie mogłam siedzieć i patrzeć jak mój Mąż robi wszystko sam (ale też nie przeginałam – noszenie ciężarów i tego typu zajęcia nie wchodziły w grę). A potem przyszedł listopad i z miejsca dorwało mnie choróbsko – napady kaszlu trudne do opanowania. Takie combo – a co! Mimo tego wszystkiego, po odchorowaniu, w dalszym ciągu czułam się super. Dlatego wielkie bylo moje zdziwienie, gdy na comiesięcznej wizycie kontrolnej moja lekarka wydała kategoryczny nakaz – Proszę leżeć!. Szok, jaki wtedy przeżyłam był nie do opisania, do tego dochodziło milion myśli skoncentowanych wokół Maleństwa. Pierwszy dzień przeryczałam z niedowierzania i nerwów. Potem doświadczyłam tego, co czuje chyba każda mama – trzeba się spiąć się w sobie dla dziecka, nie mogę się przecież stresować, denerwować, muszę zadbać o nasze zdrowie. Takich pokładów siły i determinacji nie czułam wcześniej, pierwszy raz zrozumiałam też, że będąc mamą, muszę być gotowa na wiele życiowych sytuacji i nie mogę zbytnio skupiać się na tym, co sobie zaplanowałam (a jestem z tych, co jak coś sobie zaplanują, to potem przeżywają całymi dniami niewielkie odstepstwa od scenariusza :P). I tak wylądowałam zamknięta nawet nie w czterech ścianach a w czterech częściach ramy naszego małżeńskiego łoża na całe dwa miesiące – długo i krótko, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dla mnie na początku sama wizja była koszmarem. Nie obyło się bez kryzysów, ale jakoś przetrwaliśmy. No, bo co robić, skoro innego wyjścia nie ma? Najważniejsze – trzeba sobie jakoś zorganizować czas. Jak? Moja subiektywna lista przetrwania poniżej:

  1. W grupie siła

    Jak dobrze, że żyjemy w dobie internetu! Nie wychodząc z domu, można porozmawiać z rzeszą dziewczyn w podobnej sytuacji i wspólnie dodać sobie otuchy :) I wcale nie trudno je znaleźć – w sieci roi się od forów internetowych dla mam spodziewających się maleństwa w podobnym okresie, na Facebooku znalazłam kilka grup dla mam – czy z mojego miasta, czy rodzących dzieci w 2015. Niby się nie znamy, ba, pewnie ominęłybyśmy się na ulicy, nie poznając, ale jednak jesteśmy dla siebie podporą, pomagamy, odpowiadamy na pytania, dzielimy się wrażeniami dnia codziennego. Owszem, czasem mozna natrafić na jakąś głupią dyskusję (czy bez ogródek pisząc – kłótnię), szczególnie na kontrowersyjne dla mam tematy, ale ja po prostu takowe omijam szrokim łukiem. Nie ma rozwiązań idealnych, ale mimo wszystko, dla mnie uczestnictwo w takiej wirtualnej wspólnocie ma więcej blasków niż cieni i zdecydowanie pomaga w gorszych momentach.

  2. Wicie gniazda

    Na pewno wiecie, czym jest syndrom wicia gniazda, gdy pod koniec ciąży skupiamy się na orgnizowaniu przestrzeni życiowej dla nowego lokatora. Tylko jak to robić z łóżka? Nawet nie wiecie, jak bardzo przeżywałam niemożność odwiedzenia sklepu z akcesoriami dla maluszków, przeglądania i dotykania tych wszystkich kocyków, przewijaków, śpioszków! Znowu jednak przychodzi otrzeźwienie – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I znowu zbawienny jest internet :) Nie tylko poznałam asortyment niezliczonej ilości sklepów, ale i zaoszczędziłam trochę grosza na wyprawce – w końcu miałam duuużo czasu na czytanie opinii i porównywanie ofert :) A potem otaczałam się zakupionymi gadżetami i godzinami oglądałam je z każdej strony – przyjemność i rozczulenie chyba to samo (a może nawet większe) co w sklepie :)

  3. Czytnik e-booków

    Według badań Biblioteki Narodowej ponad połowa Polaków nie przeczytała w ciągu roku ani jednej książki. Cóż, jeśli chodzi o średnią liczbę przeczytanych pozycji, w ciągu tych dwóch miesięcy zdecydowanie mogłam wpłynąć na poprawę tego wyniku. A skąd czytnik? Książki są super, ale nie polecam czytania na leżąco chociażby “Pieśni lodu i ognia”, bo jest to po prostu fizycznie niewygodne. To raz, a dwa – nie muszę wstawać do biblioteczki, wszystko w jednym miejscu, “kartki” przewracane przyciskiem, po prostu luksus :) I tak jak w “normalnym” życiu zawsze będę orędowniczką wydań drukowanych, tak w tej sytuacji gorąco polecam e-booki (świetnie sprawdzają się też w trakcie karmienia ;)). A tak całkiem off topic – w tym czasie totalnie zakochałam się w Miłoszewskim!!!

  4. Fiszki

    Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham języki, szczególnie hiszpański :) Niestety nie mam zbyt wielu okazji, żeby kultywować ich znajomość. Tu z pomocą przychodzi (o matko znów!) internet, ale żeby nie wyjść na osobę totalnie uzależnoną od sieci, zwrócę uwagę na jeszcze jeden sposób – papierowe fiszki :) Wygodne, poręczne i świetnie sprawdziły się w czasie leżakowania! A ilu nowych słówek się nauczyłam :D

  5. Kursy on-line

    Podobnie jak w przypadku języków, przymusowy pobyt w łóżku potraktowałam jako dodatkowy czas do wykorzystania dla siebie, można nawet powiedzieć, że inwestycję. I tak muszę leżeć, do pracy nie pójdę, a już za chwileczkę, już za momencik będę miała mnóstwo innych zajęć :) To ostatni dzwonek można by rzec! Kursów i opracowań znalazłam istne zatrzęsienie (i wcale nie równało się to bankructwu)! Moim odkryciem z tamtego okresu jest FutureLearn – bezpłatna platforma oferująca kursy przygotowane przez uniwersytety i instytucje kultury z trzynastu różnych dziedzin, takich jak zarządzanie, media, historia czy sztuka. Kolejnym – platforma Craftsy, na której publikowane są tutoriale z dziedziny tych kreatywnych  – a że to też bardzo lubię pisałam już TUTAJ. Oczywiście do tego dochodzi też YouTube, czyli kolejna skarbnica wszelkiej maści filmików instruktażowych :)

I to by było na tyle. Mam jednak szczerą nadzieję, że tak naprawdę te wszystkie pomysły Wam się nie przydadzą – ode mnie i Tadzia duużo zdrowia Wam i Waszym Maluchom!

***
Mam nadzieję, że podobał Ci się ten wpis :)
Jeśli chciałabyś zostać tu na dłużej obserwuj mój Instagram
Wtedy na pewno nic Cię nie ominie :)
Zapraszam Cię też do grupy na FB - Mamy Szyją!